Ktoś mi kiedyś powiedział, że japońskie produkcje są dobre... I miał rację! (#naekranie)

26.7.17


Usłyszałam całkiem niedawno, że japońskie kino jest wartościowe, bo zamiast gadać, oni wszystkie emocje pokazują. I rzeczywiście, dużo scen dzieje się powoli (ale nie przesadnie), często dialogi w nich są ograniczone, a kamera skupiona jest na tym, co robią bohaterowie. Czyż scena, gdy dziewczyna i chłopak po prostu idą, a jedno z nich się uśmiecha, nie daje nam większego pojęcia o ich uczuciach, niż jakiekolwiek ich słowa? 

Kultura azjatycka zawsze mnie ciekawiła, w mniejszym lub większym stopniu. Był czas, gdy uwielbiałam czytać mangi i rysować postaci z nich, próbowałam nawet uczyć się japońskiego i oglądać anime (obie te rzeczy mi nie wychodziły), a także czytałam książki z akcją w Japonii (ostatnio kupiłam Czerwone dziewczyny, ale wciąż nie mam czasu na przeczytanie tej książki, nad czym ubolewam mocno). Ale były też chwile, gdy zupełnie mnie to nie interesowało. 

Ostatnio ktoś w naszej recenzenckiej społeczności pisał o dramie Moon Lovers, ale już nie pamiętam kto; w każdym razie zaintrygował mnie na tyle, że zapamiętałam tytuł z myślą: obejrzę. Kiedyś. Trzy dni temu podczas rozmowy z pewną dziewczyną dowiedziałam się, że ona właśnie ogląda jakąś dramę i... tak mnie coś tknęło, by poszukać czegoś z polskimi napisami. I tak trafiłam na stronę DramaQueen, gdzie... znalazłam również filmy. I mając na uwadze to, o czym pisałam na samym początku, zaczęłam oglądać. 

A teraz opowiem wam trochę o trzech filmach, jakie obejrzałam i jednej dramie. A co! :D


Wolf Girl & Black Prince

Okami Shojo to Kuro Oji

produkcja japońska, 2016, komedia romantyczna, szkolny, ekranizacja mangi

Shinohara Erika jest uczennicą pierwszej klasy liceum i okłamuje swoje koleżanki z klasy, że ma chłopaka. Te jednak wyczuwają w jej historiach fałsz, więc dziewczyna posuwa się o krok dalej i robi zdjęcie jakiemuś chłopakowi na ulicy. Problem w tym, że jej koleżanki rozpoznają w nim Sata Kyouya, popularnego ucznia z ich szkoły. Erika nie ma więc innego wyjścia, jak poprosić go o pomoc. Sata zostaje więc jej udawanym chłopakiem, a ona jego pieskiem. 

Dobra, ostatnie zdanie brzmi śmiesznie, ale uwierzcie mi, Kyouya serio nazywa ją pieskiem, bo właściwie jest dupkiem do sześcianu. Ale Erika nie jest lepsza; to jedna z tych bohaterek, które są głupie do kwadratu i to podwójnie. Daje sobą pomiatać i na dodatek się z tego cieszy. Fabuła sama w sobie nie jest wybitna, wręcz przeciwnie, to typowy fanfik o badboy'u. Erika szybko zakochuje się w Sato, on jednak wciąż jest dupkiem i rani ją przy każdej okazji. Aż pewnego dnia przekracza granicę. 

Może i nie jest to najlepszy film na świecie. Może i historia jest typowa. Ale bawiłam się przy niej przednio, serio. Na koniec ryczałam jak durna (ale zwalam winę na okres). Aktor grający Sato jest cudowny, a jego uśmiech sprawiał, że cieszyłam się jak głupia do ekranu. Film spodobał mi się do tego stopnia, że następnego dnia obejrzałam go ponownie. :D I spędziłam kilkadziesiąt minut, by odszukać piosenkę z końcówki, przy której się zapłakałam. Jeśli więc ma ktoś ochotę na taki rozluźniający film, Wolf Girl and Black Prince nadaje się do tego idealnie! (A jak obejrzycie, napiszcie mi, czy też nie mogliście z beki, że Erika ciągle biegała XD)

A poniżej daję wam zwiastun, ale tylko do popatrzenia, bo nie jest przetłumaczony: 



L♥DK

produkcja japońska, 2014, młodzieżowy, szkolny,  ekranizacja mangi/anime


Nishimori Aoi mieszka sama, ponieważ jej rodzice wyjechali do innego kraju, a ona nie chciała zmieniać szkoły i zostawiać swojej przyjaciółki samej. Okazuje się, że Shusei Kugayama, chłopak, któremu przyjaciółka Aoi wyznała miłość, a ten ją odrzucił, od tygodnia mieszka w pokoju obok Aoi. Gdy Aoi zrzuca go ze schodów i Kugayama ma problem z nogą, Aoi mu pomaga, przy okazji uruchamiając zraszacze w pokoju chłopaka, przez co następuje powódź, za Kugayama wprowadza się do pokoju Aoi. 

Kugayama to kolejny typowy zły chłopiec, który świetnie się bawi, denerwując Aoi. Aoi z kolei nigdy nie miała chłopaka i peszy ją nawet widok nagiej klatki piersiowej Kugyayamy, co doprowadza do zabawnych sytuacji. Oczywiście, jak to w takich filmach bywa, z czasem Aoi zaczyna lubić Shuseia, ale wtedy pojawia się jego była dziewczyna, z którą łączy go obietnica, która nie pozwala mu ruszyć dalej. 

Nie było tak ckliwie jak w poprzednim filmie, ani tak zabawnie, ale również dobrze się przy nim bawiłam. Bohaterka była nieco mniej irytująca, ale też Kugayama mniej przystojny niż Black Prince. Mimo to miło było na niego popatrzeć. Wy też możecie:  Po tygodniu, gdy znów oglądałam japoński film, znów z aktorem z Wolf Girl... okazało się, że... aktor z Wolfa i L♥DK to ten sam! Ups? ;)




Senpai to Kanojo 

produkcja japońska, 2015, szkolny, romans, ekranizacja mangi 

Już sam gatunek powinien wam powiedzieć, że to będzie film bardzo podobny do pozostałych. Tsuzuki Rika jest uczennicą pierwszej klasy liceum i zakochuje się w Minoharze Keigo, uczniu trzeciej klasy. On niestety nie jest Riką zainteresowany, ponieważ wciąż kocha Okitę Aoi, absolwentkę ich liceum. Zawiązuje się więc niezły trójkącik. 

Kibicowałam Riko (Rice?), bo obiekt jej westchnień rzeczywiście jest przystojny (nie myślcie sobie, wybierałam te filmy pod względem aktorów ze plakatów ;p), ale niestety dość ślepy i... głupi. Chociaż sama Rika też za mądra nie jest i właściwie przez cały film ryczała. Najbardziej jednak na uwagę zasługuje zakończenie, które nie jest ani ckliwe, ani zamknięte. Mamy scenę, która niby coś sugeruje, ale resztę pozostawia wyobraźni widza i to niesamowicie mi się spodobało.  




Ani Senpai to Kanojo ani L-DK nie zrobiły na mnie takiego wrażenia co Wolf Girl & Black Prince, nie mniej przy wszystkich bawiłam się bardzo dobrze. To filmy lekkie, na rozluźnienie, wręcz idealne na wakacje (no, chyba że wyznajecie zasadę, że w wakacje nawet nie chcecie słyszeć słowa: szkoła; wtedy się nie nadają). 

Wszystkie pokazują szkolną codzienność w Japonii. Przynależność do klubów po zajęciach (w Senpai to Kanojo), piękne widoki, ale także bardziej tradycyjne motywy (końcówka L♥DK). Każdy pokazuje młodzieńczą miłość, właściwie mamy tu trzy najpopularniejsze motywy i z filmów i z książek dla młodzieży (układ, wspólne mieszkanie, obiekt westchnień), ale za to w otoczce zupełnie innej kultury. 

Miejscami jest ckliwie, miejscami irytująco, ale... Jeśli się zdecydujecie, zwróćcie uwagę na dłuższe sceny, podczas których obserwujemy bohaterów, a oni nic, zupełnie nic nie mówią. To trochę jak ze SKAM, tam było podobnie. Nikt się nigdzie nie spieszy, życie mija powoli. 



A na koniec jeszcze opowiem o jednej dramie, którą obejrzałam w jedną noc. 

Queen of The Ring

Banjiui Yeowang


produkcja koreańska, 2017, romans, fantasy
liczba odcinków: 6

Teoretycznie jest to trzecia drama z serii Three Color Fantasy, ale chyba opowiadają inne historie, więc... To nic, że zaczynam od końca

Nan Hee jest niska, nieco krągła i według wszystkich (i niej) brzydka (ale to gównoprawda, bo jest urocza). Desperacko szuka miłości. Pewnego dnia mama wyjawia jej rodzinny sekret: gdy chłopak włoży ci na palec magiczny pierścień, będzie postrzegał cię jako swój ideał. Więc Nan Hee sprawia, że Se Gun wsuwa jej na palec magiczną obrączkę i zakochuje się w niej. 

Se Gun to jeden z tych dupków (czemu ten cały post jest o dupkach? może powinnam zmienić tytuł na... bo ja wiem? azjatyccy dupkowie?), którzy oceniają dziewczyny przez pryzmat tego, jak wyglądają. Szybko się nudzi, a na Nan Hee patrzy krzywo. 

Tych sześć krótkich odcinków dostarczyło mi niesamowitej zabawy. Miałam na ekranie przystojniaków, na których miło patrzeć. Miałam śmieszne sytuacje, ale także mnóstwo zawiłości, gdy już się okazało, kogo w Nan Hee widzi Se Gun, gdy ta ma na sobie pierścień. 

To drama z przesłaniem. Może nie do końca twórcom to wyszło, ale... ja to przesłanie zauważyłam. Pokazuje, że zewnętrze piękno to nie wszystko. Ale też odkrywa przed nami boleści bycia we friendzone oraz bycia tą gorszą przyjaciółką ze względu na wygląd i rywalizację jednej ze stron. A to wszystko w słodkiej, zabawnej otoczce.

Jakość nas w zwiastunie nie rozpieszcza, ale to jedyny całkiem ok jaki znalazłam:



Dobra, a teraz przyznać się, kto również lubi azjatyckie produkcje? :D 
Oglądaliście coś z tych powyżej? A może możecie mi coś fajnego polecić? ;)

You Might Also Like

7 komentarze

  1. Dram nigdy nie oglądałam, ale ogólnie lubię azjatyckie kino. Chociaż sporo mam do nadrobienia. Bardzo lubię za to animacje, Totoro, Spirited away... <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Totoro to klasyk, a ja niestety wciąż go nie widziałam. :(

      Usuń
  2. Zabrakło tu japońskich horrorów, a przecież straszniejszych nie ma! :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zabrakło, bo w ostatnich dniach nie oglądałam. Po pracy tylko lekkie rzeczy jestem w stanie oglądać. :P

      Usuń
  3. Nigdy nie oglądałam japońskich produkcji i nie jestem pewna, czy przypadłyby mi do gustu... Może kiedyś spróbuję ;)


    Pozdrawiam
    Caroline Livre

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z ciekawości możesz spróbować. Jeśli Ci nie podejdzie, to przynajmniej będziesz wiedziała, by więcej po nie nie sięgać. :D

      Usuń
  4. Nigdy nie oglądałam japońskich produkcji i wątpię, żeby mi się spodobały. Podoba mi się jednak to, że powstaje tyle grup na ten temat i to tak naprawdę tworzy pewną społeczność.
    Pozdrawiam i zapraszam do mnie.
    Booki-v.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń

Subscribe