Kiedyś zauważyłam pewną zależność. Gdy jakaś książka chodzi mi po głowie, bardzo mocno chcę ją przeczytać i nie mogę się doczekać premiery, przychodzi moment, gdy już ją mam, cieszę się, ustawiam dumnie na półce... A potem z różnych powodów odkładam czytanie na później, co strasznie mnie irytuje, bo nie po to tyle czekałam, by czekać jeszcze dłużej, ale... Tak się jakoś składa, że im dłużej taka książka stoi na mojej półce hańby, tym jest lepsza. Tak też było ze Światłem, które utraciliśmy
Właściwie dość długo myślałam, w jaki sposób podejść do tej recenzji, by przekazać wszystko, co bym chciała, ale to rodziło kolejne pytania, z czego najważniejsze było: co takiego w ogóle bym chciała przekazać. Nie wiem. Po prostu nie wiem. Czy ta książka zmieniła moje życie? Nie, choć wywołała wiele refleksji, przemyśleń. Moje życie nie stało się po jej przeczytaniu inne, wartościowsze. Właściwie w tej chwili powinnam być rozczarowana, bo właśnie to obiecywały wszystkie recenzje, opinie, hasła reklamowe. Ale mimo wszystko nie jestem. A dzisiejsza recenzja odbiega od schematu, nie jakoś szczególnie mocno, ale myślę, że można to odczuć. 


Tragedia World Trade Center zbliża Lucy i Gabe'a bardziej, niż ktokolwiek myśli. Odnajdują w sobie bratnie dusze, które jakiś czas później muszą się rozstać. Gabe przyjmuje ofertę pracy na Bliskim Wschodzie, realizuje swoje marzenia o fotografii. Lucy zostaje w Nowym Jorku, poznaje Darrena i odkrywa, że istnieje wiele rodzajów miłości. 

Światło, które utraciliśmy czytałam dość długo, bo około dwóch miesięcy. Odkładałam po przeczytaniu kilku rozdziałów, mimo tego, że mi się podobało, że chciałam wiedzieć co dalej. To nie jest lektura na jeden wieczór. Opisuje kilkanaście lat z życia Lucy, czasem omijając niektóre miesiące, lata. Czas akcji niewątpliwie wpływał na czas mojego czytania. Chciałam, by chociaż w minimalnym stopniu upływał powoli, tak jak w fabule. Zastanawiałam się nad niektórymi kwestiami, miałam czas rozważyć decyzje, zachowanie czy przekonania bohaterów. I w żadnym razie nie uważam tego za minus. 

Najbardziej urzekła mnie forma książki. Całość jest opowiadana przez Lucy, która kieruje swoje słowa do Gabe'a. Styl Jill Santopolo jest jednocześnie prosty, ale i dojrzały. Wykreowała Lucy na kobietę odpowiedzialną i dojrzałą, mimo tego, co przeżyła, i naprawdę czuć to w narracji. Lucy jest kobietą sukcesu, ważna jest dla niej praca, ale jednocześnie dba o inne wartości ważne w życiu.

Nieco inaczej patrzę na Gabe'a. Z początku podobała mi się jego postać, potem jednak wyszedł na wierzch jego egoizm i zachowanie godne gówniarza. Z czasem jednak doświadczenie życiowe go zmieniło. Ból, krzywda i cierpienie ludzi, których fotografował, ukształtowało go. Zyskałam do jego postaci szacunek, polubiłam go i chciałam, by jego relacja z Lucy znów była taka jak na początku. 

Darren to zupełnie inna bajka. Jego pierwsze spotkania z Lucy dawały mi świadomość, że to ktoś dobry dla niej, że jej pomoże w taki czy inny sposób, a koniec końców moja opinia o nim nie jest zbyt przychylna. Szukając miłości swojego życia, odhaczając punkty na liście, jaka ta druga osoba powinna być, takiej miłości nie znajdziemy. Przysporzy to tylko rozczarowania, że druga osoba nie jest idealna, a potem przyjdzie kolej na kontrolowanie, manipulacje i próbę zmian. 

Nie ma tu nic z cukierkowatego romansu. Światło, które utraciliśmy pokazuje życie takim, jakie jest. Nie wszystko się nam udaje, nie wszystko i nie wszyscy są tacy, jakbyśmy chcieli. Nie zawsze wszystko idzie po naszej myśli, a nawet przeciwnie, często jest zupełnie na odwrót. Miłość nie zawsze jest prosta. Chwile szczęścia trwają raz dłużej, raz krócej. Pisałam wyżej, że chociaż Światło, które utraciliśmy nie zmieniło mojego postrzegania świata, to zwróciło uwagę na różne aspekty. I wydaje mi się, że każdy tu odnajdzie coś innego. Zwróci uwagę na inną rzecz, inne słowa uzna za wartościowsze od pozostałych. Zatrzyma się na dłużej przy takim, czy innym momencie. I to jest tu wielką zaletą. 

W życiu dokonujemy wielu trudnych wyborów, których konsekwencje mogą nas czasem przytłoczyć. Historia Lucy i Gabe'a doskonale to pokazuje. Zwraca uwagę na wiele problemów społecznych, jak i prywatnych. A przy tym jest opisana tak pięknie, że czytanie tego jest przyjemnością. To książka łatwa i trudna zarazem. I myślę, że każdy odnajdzie w niej coś dla siebie. Ja z pewnością przeczytam ją ponownie. 

10/10

Światło, które utraciliśmy  |  The Light We Lost
Jill Santopolo 
tł. Mateusz Borowski
wyd. Otwarte
350 stron
Przeczytam tyle, ile mam wzrostu 2,2 
Olimpiada czytelnicza