Łzy Tess, Pepper Winters

4.10.18


Są książki, o których myślimy na długo po ich skończeniu, są też takie, o których zapominamy już kilka dni później, ale są i takie, o których nie wiadomo co myśleć...


Na blogu już nie raz recenzowałam te mocniejsze i mroczniejsze erotyki – niektórymi się zachwycałam, niektóre krytykowałam dość mocno. Sięgając po „Łzy Tess”, liczyłam na lekturę w stylu „Dotyku ciemności”, w końcu mają wiele wspólnych elementów. Nie do końca dostałam to, czego chciałam, chociaż podobieństw jest tu zadziwiająco wiele.

Tess wraz ze swoim chłopakiem wyjeżdżają na wakacje do Meksyku, gdzie sfrustrowana dziewczyna pragnie pokazać nieśmiałemu i grzecznemu chłopcu, jaka naprawdę jest – wyuzdana i głodna wrażeń. Tam Tess zostaje porwana, a następnie sprzedana – trafia do posiadłości mężczyzny, który każe nazywać siebie Q lub maître, ją zaś tytułuje esclave, czyli niewolnica.

Z początku współczułam Tess. Tego, jak traktowali ją porywacze, jak została siłą rozdzielona z kochanym. Kibicowałam jej, gdy się buntowała – szarpała, krzyczała, gryzła. Ale później, gdy Q dość szybko odkrył jej masochistyczne pragnienia, a sposób myślenia Tess uległ zmianie – całkowicie straciłam do niej sympatię. Z racjonalnych zachowań przechodziła w skrajnie nielogiczne, zaprzeczając czemuś, co mówiła czy robiła dwie strony wcześniej. O ile początek nastrajał bojowo i potencjał rósł z każdą stroną, tak od pewnego momentu mniej więcej (bardziej mniej, niż więcej) w połowie książki Tess stawała się coraz głupszą bohaterką, której przestałam kibicować, a stawała się zrozpaczoną dziewczynką, pragnącą, by jej maître okazał jej wystarczająco dużo uczucia i miłości.

Mam słabość do historii, w których dzieją się rzeczy często będące tabu, czy po prostu tak pokręcone i dziwne, że w zwykłych romansach czy innych gatunkach ich nie znajdziemy. Lubię jednak, gdy są dobrze wykorzystane, a czytelnik może zagłębiać psychikę bohaterów, zastanawiać się nad ich wyborami, zachowaniami – tak jak to było w przypadku rewelacyjnego „Dotyku ciemności” i „Zapachu ciemności”. Tutaj... Tutaj Pepper Winters nie ma podłoża psychologicznego. „Łzy Tess” są raczej zwyczajnym, brutalnym erotykiem. We wszystkich tego typu książkach, najbardziej podkreślona w relacjach sadomasochistycznych jest ta cienka granica, między bólem a przyjemnością. Tutaj autorka skupiła się raczej na samym bólu – i wydaje mi się, że w książce, która ma być lżejsza z samego założenia gatunku, która ma dawać czytelnikowi przyjemność z lektury, nie powinna być aż tak mocno przedstawiona wręcz nieuzasadniona przemoc. Przemoc, która dzieje się, bo takie jest widzimisię bohatera, a po której inny bohater jest wręcz wdzięczny, za wyrządzenie mu takiej krzywdy. Autorka nieco się zapędziła i poszło to trochę za mocno w stronę, w którą nie powinno. Możliwe, że celem było jak najmocniejsze podkreślenie, że to DARK romance – tak czy inaczej, trochę za bardzo przesadzone. Tak samo odczuwam pewien niesmak, co do nadużywania słowa gwałt, które pada w tej powieści zdecydowanie za często i niestety, również w pozytywnym znaczeniu, a przynajmniej ja odniosłam wrażenie kilkukrotnie, że autorka przyklaskuje gwałceniu, pokazując go w mniej negatywny sposób, niż powinna. Przypomina mi to „Niepokorną” Madeline Sheehan, gdzie poniżanie kobiet, nazywanie ich sukami i innymi podobnymi określeniami, czy zwyczajny brak szacunku do kobiety, był przez autorkę przedstawiony jako coś odpowiedniego, dobrego i wręcz zachęcającego, by dać się tak traktować (moja recenzja tutaj > klik). Takie przekonania do mnie nie trafiały, nie trafiają i trafiać nie będą, dlatego „Łzy Tess” bardzo u mnie tutaj straciły.


O dziwo, jeśli chodzi o styl pisania, odnoszę wrażenie, że narracja staje się dojrzalsza z każdym rozdziałem. Historia, opowiadana z perspektywy Tess, z każdą kolejną stroną traciła swój potencjał, natomiast narracja się zmieniała. Początkowe strony mają dość ubogi język. Zdania są proste, wnioski Tess również. Jej wypowiedzi, jej myśli. Tess jest studentką, a brzmiała na o wiele młodszą. Mimo to, gdzieś w połowie książki przestałam odczuwać zażenowanie z powodu tak dziecinnego stylu. Zdania zrobiły się sensowniejsze, bardziej odpowiednie do wieku bohaterki i zdecydowanie lepiej pasujące do mroczniejszego klimatu książki. Szkoda jednak, że tak późno. I szkoda, że „Łzy Tess” przez to przypominają bardziej młodzieżówkę, niż dark erotic.

O wiele ciekawszą od Tess postacią jest Q. Zwłaszcza w drugiej połowie, gdy Tess zaczyna poznawać go od innej strony. Gdy zaczyna drążyć i wkładać puzzle na odpowiednie miejsce. Przeszłość Q jest tu ciekawym motywem. Może niezbyt odkrywczym, ale jednak chce się odkrywać jego tajemnice dalej i dalej. Jego pragnienia, w przeciwieństwie do Tess, są dobrze uargumentowane. Z czasem dowiadujemy się, czemu Q jest, jaki jest i czemu robi to, co robi. O reszcie bohaterów ciężko cokolwiek powiedzieć – nie zapadli mi w pamięć.


Łzom Tess” daleko do miana dobrej powieści. Ma swoje wady, ma swoje zalety. Wpasowała się tematycznie w mój gust, jednak momentami traciła w moich oczach. Niektóre fragmenty uważam za fenomenalne, inne zalatywały za mocno młodzieżówką. Nastawiałam się na emocjonującą lekturę i moje oczekiwania nie do końca się sprawdziły. Mimo tych wszystkich wad, o których ponarzekałam wyżej, to nie jest zła książka. Spędziłam z nią przyjemne chwile i czytało się ekspresowo. Jednak „Łzy Tess” miały większy potencjał i uważam, że Pepper Winters go nie wykorzystała tak bardzo, jak mogła. Być może w kontynuacji to się zmieni – i na to szczerze liczę. 

6/10

Łzy Tess | Tears of Tess
Pepper Winters
tł. Emilia Skowrońska
Wydawnictwo Kobiece, 2018 
496 stron


You Might Also Like

0 komentarze

Subscribe